Nic nie jest w porządku

0
W czwartek 22 lutego w Bibliotece Publicznej Gminy Wiązowna odbyło się spotkanie z Krzesimirem Dębskim. Znany kompozytor, dyrygent i skrzypek wystąpił tym razem w nietypowej roli (fot. Eliza Woźnicka-Nowińska)

Podczas rzezi wołyńskiej zginęli jego dziadkowie. Rodzice przeżyli atak upowców na kościół w Kisielinie podczas Krwawej Niedzieli 11 lipca 1943 r., kiedy Ukraińcy zaatakowali jednocześnie kościoły w 100 miejscowościach i to podczas sumy, gdy Polaków było w nich najwięcej. On sam urodził się 10 lat później. Ojciec napisał o Wołyniu kilka książek i prowadził tam swego rodzaju prywatne śledztwo. Syn miał okazję spojrzeć w oczy mordercy jego dziadków.

W czwartek 22 lutego w Bibliotece Publicznej Gminy Wiązowna odbyło się spotkanie z Krzesimirem Dębskim. Znany kompozytor, dyrygent i skrzypek wystąpił tym razem w nietypowej roli – jako bohater wieczoru autorskiego promującego jego książkę „Nic nie jest w porządku. Wołyń, moja rodzinna historia”.

Po raz pierwszy z wołyńską historią Dębskiego zetknęłam się kilka lat temu – według relacji dziennikarki lwowskiego radia rozmowa Krzesimira Dębskiego z ukraińskimi muzykami orkiestry przed koncertem w tym mieście wyglądała w ten sposób, że dyrygent przywitał się w ich języku, po czym powiedział:

– Przepraszam, ale to wszystko, co umiem po ukraińsku. Mógłbym znać język, bo miałem babcię Kozaczkę, ale nie nauczyła mnie ukraińskiego, bo zamordowali ją w 1943 banderowcy na Wołyniu, więc będę mówił do was po polsku.

Więcej przeczytałam niedawno w książce Witolda Szabłowskiego „Sprawiedliwi zdrajcy. Sąsiedzi z Wołynia”.

Idąc na wieczór autorski Dębskiego, spodziewałam się właśnie opowieści o tym, co zdarzyło się w Kisielinie. I może jeszcze relacji z podróży do tego miejsca z matką po latach w 2003 roku, o której tak mówił w jednym z wywiadów:

– Tam nic nie ma. Nawet nie ma jak dojechać. Czasami w krzakach widać resztkę krawężnika, znak, że coś tu było. Są budynki drewniane, chaty kurne jak na początku XIX wieku. Są ruiny kościoła. Wszystko zdewastowane. Jest cerkiew; byle jaka, licha buda. Nie ma najzwyklejszego kiosku z przysłowiową gumą do żucia. Jest rzeka, jest las, a dzieci grają w klipę, tylko zamiast patyków używają kości zamordowanych Żydów. Widziałem to na własne oczy („Rzeź wołyńska. Krzesimir Dębski: Wciąż mamy jakieś złudzenia, jeśli chodzi o Ukraińców [wywiad]”, www.polskatimes.pl, 16 października 2016).

A w innym:

– Mój dziadek, który urodził się i studiował we Lwowie, a także babcia Anisja Czemierkin, pochodząca z rodziny zrusyfikowanych Kozaków zaporoskich przeniesionych przez cara na Kaukaz zginęli oboje. Dodam, że co warte podkreślenia zginęli z rąk UPA, mimo że babcia była rodowitą Ukrainką, a dziadek lekarzem, który często „judymował” – leczył biednych Ukraińców za darmo. Kilkadziesiąt lat później, gdy byłem w Kisielinie, ukraińscy sąsiedzi wiele razy podkreślali, jak wspaniały był to człowiek i jak niesamowicie dobry. Pewnego razu moja mama nie wytrzymała i zapytała: „To dlaczego go zamordowaliście?”. Odpowiedzieli: „Bo tak trzeba było”. „A nas też, gdyby trzeba było, zamordowalibyście?”. „No tak” – usłyszała (polskiekresy.pl, 3 czerwca 2008).

Tego nie było. Było za to spotkanie z człowiekiem o fascynującym, otwartym, wszechstronnym i błyskotliwym umyśle.

– Dam Państwu argumenty do rozmowy z tymi, którzy wciąż mówią, że na Wołyniu były symetryczne, wzajemne ataki polsko-ukraińskie i że Polacy też mordowali – powiedział na początku.

Znów jednak – myliłby się ten, kto spodziewałby się po takim wstępie wykładu akademickiego. Był to bowiem raczej esej niż usystematyzowany elaborat. Łącząc historię z anegdotami czerpanymi z własnych doświadczeń, kompozytor rozbijał stereotypy i przemilczenia narosłe przez lata poprawności politycznej i różnych przejawów tabu.

Wskazywał jako argument statystykę – nie tylko liczba ofiar po obu stronach nie jest porównywalna. W sytuacji, gdy ludność w Wołynia w 60% stanowili Ukraińcy, a Polacy w 12%, trudno mówić o równorzędnej walce. Zwłaszcza, że Ukraińcy walczyli głównie (na to wskazują też statystyki ofiar) z kobietami, dziećmi i starcami, bo polscy mężczyźni najpierw zostali zmobilizowani, potem byli wywożeni na roboty…

Mówił też o zależnościach feudalnych, a nie narodowych, które są często podawane jako zarzewie konfliktu. O wschodniej proweniencji magnaterii, która dopiero później przechodziła na katolicyzm i sięgała (często poprzez małżeństwa) po polskie majątki. Wreszcie o językowym niezrozumieniu, gdy polska (a właściwie pochodzące z węgierskiego) grzecznościowa formuła „pan”, która zastąpiła wcześniejsze „acan”, była przez Ukraińców odbierana jako wywyższanie się.

Pojawiły się również liczne wątki współczesne, choćby o pułapkach z jednej strony odradzającego się na Ukrainie nacjonalizmu, a z drugiej – zatraconej tożsamości. O niechęci do przyjęcia prawdy o przeszłości. I o naiwności w polskiej polityce dotyczącej Ukrainy. Dębski opowiedział, że kiedy towarzyszył polskiej delegacji w podróży na Wołyń, prezydenta Komorowskiego witał tam nie prezydent Ukrainy, tylko… wicegubernator. Prezydent Ukrainy nie przybył. A na głównych uroczystościach w katedrze najwyższa rangą po stronie ukraińskiej była wiceprzewodnicząca komisji kultury miasta Łucka.

Salka biblioteki była wypełniona po brzegi, co – jak podkreślała Marzena Kopka, szefowa biblioteki w Wiązownie – rzadko się na spotkaniach autorskich zdarza. Można było nie tylko posłuchać Krzesimira Dębskiego, ale też kupić książkę albo płyty i zdobyć jego autograf. Ustawiła się po nie długa kolejka.

Eliza Woźnicka-Nowińska

 

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ