„Kalendarze” Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk (fragm. 2)

0
Budka z piwem (zdjęcie ze zbiorów Muzeum Ziemi Mińskiej w Mińsku Mazowieckim)

Wreszcie przyszła prawdziwa zima! Choinka rosnąca przed przedszkolem ustrojona została w lampki, które były tak duże, że mogły również pełnić funkcję monstrualnych bombek. Dzieciom to jednak nie przeszkadzało. Dwa takie drzewka, może trzy, musiały wystarczyć na całe miasto. Jedno tradycyjnie stało na placu naprzeciwko kościoła. Nikt jeszcze wtedy nie wychodził ze świątecznymi dekoracjami na zewnątrz. Sklepy nie szukały klientów, miasto nie miało funduszy. Trwała powojenna bieda, a i specjalnych lampek, które wytrzymywałyby niskie temperatury i zimowe ulewy, również nie było w sprzedaży.

(…) Przy Warszawskiej, między ulicami Błonie i Siennicką stało wtedy kilka starych drewnianych budynków, które wkrótce miały zostać wyburzone. Znajdowały się tam różne punkty usługowe i sklepiki. Na ich miejscu powstanie wkrótce długi blok mieszkalny w kształcie litery L z charakterystyczną zewnętrzną galerią i przestronnymi, nowoczesnymi sklepami na parterze (…)

Wschodnia pierzeja mińskiego rynku ucywilizuje się dużo szybciej niż zachodnia, która całe lata przetrwa w swej pierwotnej drewnianej zabudowie, przypominającej żydowskie korzenie miasta. To tu mieszkańcy odwiedzać będą ostatnie prywatne sklepiki: szewski, papierniczy i galanteryjny pani Niemczakowej. Na myśl o tym sklepie dziewczynka aż uśmiechnęła się do siebie. Można tam było dostać wszystkie najbardziej rozpalające wyobraźnię ówczesne gadżety, choćby celofanową piłkę na gumce, niby-pudełko zapałek, z którego po wysunięciu wyskakiwały malutkie plastikowe myszki, biała z jednej, a czarna z drugiej strony. Chłopcy lubili nim straszyć dziewczynki, podobnie jak gumową głową diabełka, który po naciśnięciu w okolicy uszu pokazywał czerwony język. Tam kupowało się również akcesoria do szycia i dziergania: suwaki, nici, gumę do majtek, sznurówki, szydełka i druty. Tam można się było zaopatrzyć we wsuwki, gumki z kolorowymi kulkami, przepaski i inne ozdoby oraz spinki do włosów.

(…) Za plecami zachodniej pierzei rynku z północy na południe płynie niewielka rzeczka Srebrna. Tę piękną nazwę mieszkańcy nie bez pewnej racji zmieniali notorycznie na Śmierdzianka, widząc na raz po raz wyłaniającym się dnie rzeki to wszystko, co uprzednio tam wyrzucili. Właściwie dopiero za mostkiem na Warszawskiej Srebrna zmieniała się w cuchnący, brudny rynsztok. Wcześniej obok cmentarza tworzyła efektowne, porośnięte szuwarami rozlewisko, przyciągające wędkarzy i zakochane pary. Dalej płynęła przez ładny, choć trochę zaniedbany park miejski, dawniej posiadłość Dernałowiczów. Tu, pomiędzy klasycystycznym pałacem a kościołem tworzyła piękny staw, pośrodku którego, na niewielkiej wyspie, w małym drewnianym domku czasami gniazdowały łabędzie. Przy samej ulicy staw kończył się groblą i właśnie to spiętrzenie powodowało pewnie wysuszenie rzeczki. Dalej na południe była już nieciekawa, brudna, zaniedbana.

Pałac, najcenniejszy zabytek miasta, był wtedy we władaniu instytucji oświatowych. Większość pomieszczeń zajmowało Technikum Chemiczne, część wydzielono na Żłobek Miejski, w którym dziewczynka, zostawiana codziennie przez pracujących rodziców, czuła się jak więzień.

Tuż przy grobli, frontem do ulicy Warszawskiej, stała budka z piwem. To tu, prawdopodobnie w drodze powrotnej z przedszkola, została kiedyś poczęstowana przez ojca tym męskim napojem. Przez otwierany kranik piwo lało się po brzegu kufla, tworząc obfitą pianę. Na ten widok napłynęła jej ślinka. Kiedy wreszcie mogła umoczyć usta w gęstej pianie, napój okazał się gorzki. Nie rozumiała, jak może komuś smakować.

(…) Plac przed pałacem, mniejszy niż rynek, jednak pusty i odgrodzony od ruchliwej ulicy Warszawskiej, służył różnym celom społecznym, między innymi zebraniu wszystkich uczestników pochodu pierwszomajowego. Nieco z boku stała wielka konstrukcja kina letniego z wąską sceną. Dziewczynkę przez wiele lat fascynowała ta budowla, chyba nigdy jednak nie udało jej się zobaczyć tu żadnego filmu, ale wiele lat później, z zapomnianej już okazji, wystąpi tu jako członkini chóru Szkoły Podstawowej nr 1 pod dyrekcją Stanisława Woźnicy.

Po tej stronie ulicy Warszawskiej, na wysokości kina, nieco później powstała kawiarnia Przyjaźń, która sąsiadowała przez lata z ceglasto-kremowym pomnikiem żołnierzy radzieckich zwieńczonym pięcioramienną gwiazdą. Dziewczynka nie rozumiała jeszcze wtedy ironii losu, który sprawił, że postawiono go niemal na wprost dużej figury Matki Boskiej ze świecącą wieczorami aureolą. Była to chyba nadgorliwość jednego z miejskich funkcjonariuszy partyjnych.

Idąc Warszawską w kierunku przedszkola, po stronie placu Kilińskiego mijało się maleńką stację benzynową. Tata często podjeżdżał tu swoją wuefemką. Dziewczynka lubiła zapach benzyny tankowanej do zbiornika z blaszanego kanistra z długą szyjką i widok drżących oparów, unoszących się ponad bakiem motocykla.

Dalej mijało się sklep z butami, gdzie rodzice w próbach pełnych męki z obu stron starali się kupować córce nowe buciki. Jedynym plusem tej udręki wielokrotnego pytania, czy są dobre, czy odpowiednie, poruszania palcem raz po raz w nowo przyniesionym bucie było to, że podczas przymiarki siedziało się na wysokim krześle z drucianą ochroną i stopniem na nogi i miało się poczucie niezmiernej ważności. Reszta była koszmarem. W tym sklepie sprzedawano też buty dla dorosłych. Dziewczynka szczególnej ochoty nabrała kiedyś na białe damskie szpilki, wystawione nie wiedzieć czemu za pięć złotych. Takie piękne buty tak tanio? Ależ by się tupało po bruku tymi szpilkami! Nie znalazła w sobie jednak odwagi, aby poprosić mamę o tak absurdalny zakup. Znała ją, mama nie pochwalała wyrzucania pieniędzy w błoto, nawet pięciu złotych byłoby jej szkoda. Dziewczynka na długie lata pozostała więc bez własnych szpilek do wychodzenia na podwórko.

Po tej samej parzystej stronie ulicy Warszawskiej, idąc ku zachodowi, dochodziło się do mydlarni Osetowskiego, gdzie już z wystawy jaskrawe szminki Celii kusiły niejedną mińską elegantkę. Sprzedawano tu też kremy, lakiery do włosów i paznokci oraz perfumy, nieodmiennie o zapachu kwiatowym, na przykład maków czy hiacyntów, pewnie również nieśmiertelne „Być może”. W tym sklepie kupowało się także chemię gospodarczą, proszki do prania, szczotki ryżowe do szorowania podłóg, szczotki do zamiatania, farby i pędzle oraz gumowe wałki z gotowymi wzorami, jakie nanosiło się na pomalowaną tłem ścianę, uzyskując na przykład efekt białych chmurek na niebieskim niebie.

Do mydlarni przylegał ogród szczelnie zasłonięty przed wzrokiem wścibskich. Dziewczynka zawsze chciała tam zajrzeć i nigdy nie miała okazji. Ogród sąsiadował ze starą remizą Straży Pożarnej, która znajdowała się niemal naprzeciwko szarego dwupiętrowego budynku milicji. Dwa domy dalej, w zielonym baraku, była fascynująco pachnąca, sterylna apteka, do której wchodziło się po kilku stromych schodkach z poręczami. Tu pracowały dwie aptekarki, sąsiadki rodziców dziewczynki, czasem spotykała je podczas zakupów. Wyglądały wtedy jednak bardzo oficjalnie. Białe fartuchy czyniły je niedostępnymi boginiami zdrowia.
W następnym podwórzu za apteką działała kolejna piekarnia, do której, z racji odległości, rzadko się jednak zachodziło, chyba że wracając z przedszkola. Naprzeciwko piekarni znajdował się piękny, niedoceniany przez mieszkańców kompleks budynków poczty. Obok poczty, w skromnym drewnianym domku cofniętym w głąb podwórka, mieścił się magiel, dokąd nosiło się zawiniętą w gruby wałek wykrochmaloną pościel. Odbierało się wyprasowaną jak list, sztywną i po obleczeniu początkowo bardzo nieprzyjemną. Każda gospodyni miała swój materiał, którym owijała pościel do magla. Tkanina mamy dziewczynki miała kolor wrzosowy. Przychodząc po odbiór, właśnie tej tkaniny szukało się wzrokiem. To po niej poznawało się w maglu swoje pranie.

Kto jeszcze pamięta, że po wielkim praniu, oprócz bielizny do magla, oddawało się także firany do naprężenia? Aby miękkie siatkowe firany ładnie wyglądały, wisząc na tle okna, powinny wyschnąć napięte na drewnianą ramę. Rama musiała być wielkości firany, zatem prawie nikt nie mógł sobie przy szczupłości miejsca pozwolić na luksus jej posiadania. W Mińsku czasów dziewczynki firany oddawało się do rozpięcia pewnej kobiecie, która mieszkając w służbówce na tyłach Komitetu Powiatowego PZPR, dorabiała sobie, prężąc firany na ramach rozłożonych w sali posiedzeń plenarnych. Odbierało się z jej mieszkania, złożone na osiem, owinięte w szary papier, sztywne jak tektura, i niosło ostrożnie do domu, a potem wieszało z namaszczeniem.

Tymczasem jednak wróćmy na stronę parzystą ulicy Warszawskiej, w okolice starej poczty. Nieco za piekarnią i pustym placem, na którym kiedyś powstanie nowa remiza Straży Pożarnej, skręcało się w wąziutką uliczkę Górną, prowadzącą do przedszkola. Tu znajdował się zachodni finis terrae. Jednak tak daleko, zmęczona tą mentalną podróżą, dziewczynka nie dojdzie. Litościwy sen znacznie wcześniej sklei jej powieki.
(Małgorzata Gutowska-Adamczyk „Kalendarze”, fragmenty)

LOKALNA nr 2 (616), wt. 12 stycznia 2016

inny fragment „Kalendarzy”
rozmowa Lokalnej z Małgorzatą Gutowską-Adamczyk

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ